Zakładki:
Art
Blogi zaprzyjaźnione
Kino
Queer
|
sobota, 29 lipca 2006
stworzenia
O, cudowne efeby popkultury!Słodko piszczące myszki, w różowych bucikach od Zary! Zatapiam się w waszych krzywych uśmieszkach, przyklejonych Kropelką do moich nieporadnych poglądów, z zeszłorocznej kolekcji. Jestem jednym z was - kochajcie mnie! Jestem waszym ciotowatym Hamletem, będącym-albo-nie-będącym, w rytmie odgrzewanych eightisów. Klub jest więzieniem - powtarzam kolejny frazes, popijając jin tonic. Reszta jest Madonną.
niedziela, 28 maja 2006
 z Larmes d'Eros Bataille'a. I jeszcze fragment z "Przedmowy do transgresji" Foucault: Tym przecież, co zasługuje na oglądanie, nie jest żadna wewnętrzna tajemnica, żaden inny bardziej pogrążony w nocy świat. Wyrwane w miejscu spojrzenia, obrócone ku swej orbicie oko rozlewa teraz swą światłość tylko w jaskini z kości. Wywrócona gałka zdradza nie tyle "małą śmierć", ile śmierć tout court, której oko doświadcza dokładnie w miejscu swego pobytu, w owym zatrzymanym w miejscu wytrysku, jaki wprawia je w drżenie. Śmierć nie jest dlań niedosiężną linią horyzontu, ale - dzięki jego usytuowaniu we wrębie wszelkiego możliwego spojrzenia - granicą, której nie przestaje poddawać transgresji, wydobywając ją jako granicę absolutną w ruchu ekstazy pozwalającej przeskoczyć mu na drugi brzeg.
niedziela, 14 maja 2006
Świetlistość uczuć wstydliwych (2)
"teraz i na zawsze" dziecinne modlitwy przepoconych dłoni złożonych w odświętnym geście które zamiast modlić się o spokojny sen miarowym tętnem odmierzają sekundy bez ciebie
Świetlistość uczuć wstydliwych (1)
dzięki tobie poezja się pisze (czy to na mych przekrwionych oczach... czy na podrapanych rękach...) wciąż płynie świetlistym strumieniem niewinnego dotyku
czwartek, 11 maja 2006
Początek romansu (na planie filmowym - Wesoła,29.04.06)
Alergia na arszenik
W dziewiczym słońcu maja krążą miazmaty wciąż niedokończonych myśli. Zaczyna się okres gruźliczopodobnych omdleń, których przyczyny nieopierzeni lekarze upatrują często w młodocianych atakach melancholii. Nic jednak bardziej mylnego! To nie saturniany zapach czarnej lilii winien jest alergicznych doznań nadziemskich. Tajemnica tych stanów tkwi głębiej, niż dane byłoby jej się kiedykolwiek wyjawić. Cierpię na alergię na samego siebie nie dlatego, że uważam się za bezowocny produkt poruszania się beznamiętnych ciał niebieskich, z Poruszycielem na czele, ale dlatego, że wokół mnie za dużo jest ślepców, uśmiechających się do mnie. Każdy maluje się we własnej karykaturze. Śmieszny, kukiełkowy teatrzyk zużytych marionetek, klepiących się po pupciach. Karnawał półszeptów i skrywanych niechęci. Orgiastyczne pocałunki znieczulonych ust. Dlatego czekam na Ciebie i wykrzywiam swój uśmiech najbardziej jak potrafię, abyś mógł mnie bez trudu rozpoznać.
czwartek, 04 maja 2006
O przyczynach nieznośnych stanów nagłych przebudzeń
Dolega mi żądza wymiotów sennych Zwracam uczucia w różnobarwności Powieki zamykają się szeptem gwałcone przez dojrzałych bogów wina i wstydu następuje złoty okres zagłady niewinności Rozplątuję więc więzy dozwolonych spojrzeń Przecinam żyły przykazań i daję się płodzić na nowo Moja boska matka nocy otula mnie słonawym łonem z wilgotnych prześcieradeł nasączonych pragnieniem W bezpiecznych wodach obcych pocałunków pęcznieję i nabieram kształtów Moja boska matka nocy przyśpiesza swój oddech Jej gorące mleko rozlewa się po brzuchu Wreszcie rodzi mnie w zduszonym krzyku
poniedziałek, 24 kwietnia 2006
Niedokończony kochanek
Wylewam po tobie banalne potoki atramentu Papier od moich syrenich westchnień napęczniał już wilgocią Oto sposób w jaki wiersz o tobie pokryje się pleśnią zanim zostanie spisany Będę musiał suszyć kolejne strofy na nitkach z ciszy by potem je czyścić z wyrażeń histerycznych absolutnych Słowa pomarszczą się wyschną i jak śmiertelne plamy na twojej twarzy otworzą ostatnie okno lęku Pisanie urywa się w Dniu Wielkiego Braku. Piszący zdaje sobie sprawę, że kończąc niedokończone, podpisze na swoją poezję wyrok niedopisania. Na wpółżywy kochanek przez sześć dni skamle o słowa. Nie mogę przestać pisać tobą nie mogę przestać pisać tobą nie mogę przestać pisać tobą dlatego odtworzę schematy porównam Cię do małego ptaka zabójcy który znosi ofiary do kolczastej spiżarni W tym momencie nadlatuje gąsiąrek, trzymając mysz w dziobie. Następnie nabija ją na kolec gałęzi i odlatuje. Jesteś najważniejszym wierszem w moim życiu
Codziennie tkam cię z pozorów Co noc zapominam w strachu abyś nie został wypowiedziany przed czasem Dochodzi do buntu. (S)pisane przekłuwa poetę metaforycznym dziobem i samo próbuje się dokończyć. koniec
niedziela, 16 kwietnia 2006
Konceptualizm świąteczny (czyli jak będzie na obiedzie)
Jajeczko - zdrowia, zdrowia przede wszystkim!!!!! Jajeczko, sałatka, śledzik, szyneczka, ogóreczek, winko, wódeczka. Bla, bla, bla, bla. Pasztecik, szyneczka, jajeczko faszerowane, ćwikła. Bla, bla, bla, bla, bla. Herbatka. A co tam Panie, w polityce? Szkoda słów- mówi zajączek. Zupa (do wyboru czerwona i brunatna). Bla, bla, ale dobre-pyszne-udała Ci się w tym roku. Zup, zup, zupę zup. Mniam, mniam, śledzia chrup. Winko, winko, wódeczka. No Rafał, stary, masz już dziewczynę? podział ról: 1. Mimi: zupa, zupa, zupa... 2. Kuzyneczka: szturchanie pod stołem 3. Kuzynek: zupa, zupa, kosmate myśli... 4. Ja: zupa, oczywiście - setki, ustawiają sie do mnie w kolejce,zupa, zupa, zupa aż do wyskrobania,wino...(dużo wina). - A co tam we Francji? - W porządku, na Zachodzie bez zmian. Później ktoś przyniesie obiad. Zawsze go ktoś przynosi. Kaczkę, lub wypchanego świniaka, z czerwonym jabłkiem w gębie. Ktoś z pewnością zacznie go kroić i ktoś z uśmiechem polskiej klasy średniej położy mi na talerzu najtłustszy kawałek. Po chwili zacznie się coroczna symfonia jedzenia i wydalania. Świąteczny sympozjon przeżuwających szczęk i zapracowanych nadgarstków, zgrabnie nakładających sobie soczyste porcje zwierzęcia. Cicho, cicho - Glemp mówi, winko, wódeczka, winko. Podział ról po obiedzie: A. Faceci po 40- stce (niewielu ich): telewizja B. Kobiety po 40- stce (zatrzęsienie): bla, bla, bla... C. Kuzyneczka: seksowne rozmówki niemieckie D. Ja: wino, wódeczka, papierosik... To wszystko nie ma ani puenty, ani morału. Bo się nigdy nie kończy. Powraca jak męczący sen o lataniu. Niech żyje rytuał odpiętych guzików spodni i ubrudzonych żurawiną wąsów, nielicznych facetów po 40- stce. Zawsze będzie tak samo...niepokojąco wielkanocnie...
poniedziałek, 03 kwietnia 2006
Intymnik
Krew i sperma to ostatnio najczęściej wydalane przeze mnie substancje. Czuję, że po tym zdaniu mogę napisać już wszystko. A pisać przecież trzeba, bo ostatnio wydalam z siebie bardzo mało słów, na których mogłyby zakiełkować przyzwoite puenty. - Uwaga, proszę ustawić się w kolejce i otworzyć paszport na stronie ze zdjęciem- informuje mnie zaokienna cisza niedzielna – zbliżamy się do granic dobrego smaku. Nareszcie, myślę sobie, nareszcie coś w życiu przekroczę, oprócz trzydziestu sześciu i sześciu kresek. Coś co nie pozostawi żadnych wątpliwości. Coś, co samo się już nie przekroczy a więc samo przed sobą nie ucieknie. Coś, co już zdechło niechybnie, żeby dyszeć mogło bez przeszkód. Tak, nareszcie, myślę sobie, świat się cały na mnie pozna. Ktoś może nawet nóżką/nogą/girą (niepotrzebne skreślić) tupnie, że nie tylko jego, ale i innych bezwstydnie przekraczam i to bez zgody Tych (no wiecie).Że jak tak można! Bez zezwolenia? Tak na chama? Bez żadnych hamulców, tak ludzi przekraczać? No normalnie, skandal! I jadę sobie cicho, serdecznie, jak na skandalistę przystało. Telepię się wulgarnie po szosie krajowej i jeszcze tę serdeczność cichą w bawełnę owijam, bo granica wciąż nieprzekroczona. Nagle, tuż przed nowowybudowanym terminalem stajemy a tu ludziska z siatami i dziećmi się gramolą do wyjścia, które się EXIT nazywa. - Co się motyla nóżka/noga/gira (niepotrzebne skreślić) dzieje? – klnę niewinnie, jak na mój mleczny wiek przystało, bo to jeszcze przed granicą było a Oni (no wiecie) usłyszeć by mogli- dlaczego wszyscy wysiadają? Gęsia skórka zagęgała przed odprawą celną, co? Nie ma już dokąd wracać, droga wycieczko! – nawołuje serdecznym tenorem- Zbyt blisko granicy, już nas zwietrzyli, spryciarze jedni. Każdy przekroczy to, na co zasłużył! Wtedy dopiero się zaczęło! Baby w ryk, chłopy unik. Eksplikacje, płacz i zgrzytanie zębów. Że to oni niby nie wiedzieli, że im się przekraczać nie chce, bo to zbyt dużo kosztuje a pensje mają takie, że tyle co na ten chleb i na to masło/margarynę (wybór należy do ciebie) starcza. - Jedziemy i basta, bo się potnę i wam tu taki dżihad zrobię, że to masło zaraz Wam bokiem wylezie, towarzysze niedoli, moi– krzyczę tak do nich i już w bawełnę owijać przestaję. - A jedź se sam, ty gruźliku i pedale jeden! A tnij się na zdrowie! Krwią się własną udław a nas w pokoju ostaw!- szczekają na mnie, psiemordy pospolite- Ch... Ci w d..., k..., szmato zboczona! Do gazu z takim, co się na prawo i lewo przekracza, bez zezwolenia Tych (no wiemy, przecież)! Zanim się obejrzałem, wszyscy przekroczyli beze mnie i tyle ich widziałem. Po drugiej stronie już byli. Takie to dzieci ciernistych perwersji z nich wyszły. Zostawili mnie, niebogę, samopas na zatracenie. A ja przecież bez nich odprawy celnej nie przejdę. Co robić, pomyślałem sobie, lepiej do domu wrócę, bo może jeszcze jeden z Nich (no wiecie) mnie przydybie i zwrotu paszportu zażąda.
|